[79] szpitalny korytarz
w pamięci mam dziesiątki twarzy, dziecięcych, cierpiących twarzy. twarzy wołających o pomoc, ale świadomych, że pomoc, w ich przypadku niewiele da...
wiem, to drastyczne, ale jakie prawdziwe.
jako niepełnoletni, jeszcze, byłem kilka razy w szpitalach i widziałem tak wiele cierpienia, nieszczęścia, bólu dotykających bogu winnych dzieci, że niejedną noc straciłem na rozmyślaniach nad sensem tego pierdolonego życia. te wyżej opisane dotyczyły dzieci, kilku, kilkunastoletnich dzieci
szczególnie zapadł mi w pamięci Robercik, niepełnosprawny, jeżdżący a wózku inwalidzkim chłopiec. poznaliśmy się na akademickim oddziale rehabilitacji dla dzieci i młodzieży, przy ówczesnej Akademii Medycznej w Gdańsku.
wtedy byłem pogrążony w głębokiej depresji, bo zaczynałem zauważać jak wiele tracę, zaczynałem tracić przez to, co stało się w czerwcu 2000. wszyscy już na poważnie zaczynali myśleć o wyborze kierunku studiów, a ja miałem zmartwienie, żeby tylko nie wylądować na wózku inwalidzkim. z drugiej strony było kilka osób życzliwych, które bezinteresownie przychodziły, żeby dowiedzieć się jak się mam i jak postęp w ćwiczeniu. ale widocznego progresu nie było, bo nie ćwiczyłem świadomie
dzisiaj jest ze mną znacznie lepiej(mentalnie) ale fizycznie, raczej nie...
dzisiaj wegetuję... w przenośni, lecz nie o tym miało być.
los jest kurewsko niesprawiedliwy
tyle dzieci cierpi, a mądrzy dorośli nie są w stanie im pomóc, bo za późno, bo brak sprzętu, pieniędzy.
jak zarobię jakieś duże siano to znajdę instytucję, która pomaga chorym dzieciom i przekażę na jej działalność jakieś pieniądze.
najpierw muszę zarobić te pieniądze, żeby móc je odpowiednio rozdysponować.
JESZCZE BĘDZIE CZAS!
wiem, to drastyczne, ale jakie prawdziwe.
jako niepełnoletni, jeszcze, byłem kilka razy w szpitalach i widziałem tak wiele cierpienia, nieszczęścia, bólu dotykających bogu winnych dzieci, że niejedną noc straciłem na rozmyślaniach nad sensem tego pierdolonego życia. te wyżej opisane dotyczyły dzieci, kilku, kilkunastoletnich dzieci
szczególnie zapadł mi w pamięci Robercik, niepełnosprawny, jeżdżący a wózku inwalidzkim chłopiec. poznaliśmy się na akademickim oddziale rehabilitacji dla dzieci i młodzieży, przy ówczesnej Akademii Medycznej w Gdańsku.
wtedy byłem pogrążony w głębokiej depresji, bo zaczynałem zauważać jak wiele tracę, zaczynałem tracić przez to, co stało się w czerwcu 2000. wszyscy już na poważnie zaczynali myśleć o wyborze kierunku studiów, a ja miałem zmartwienie, żeby tylko nie wylądować na wózku inwalidzkim. z drugiej strony było kilka osób życzliwych, które bezinteresownie przychodziły, żeby dowiedzieć się jak się mam i jak postęp w ćwiczeniu. ale widocznego progresu nie było, bo nie ćwiczyłem świadomie
dzisiaj jest ze mną znacznie lepiej(mentalnie) ale fizycznie, raczej nie...
dzisiaj wegetuję... w przenośni, lecz nie o tym miało być.
los jest kurewsko niesprawiedliwy
tyle dzieci cierpi, a mądrzy dorośli nie są w stanie im pomóc, bo za późno, bo brak sprzętu, pieniędzy.
jak zarobię jakieś duże siano to znajdę instytucję, która pomaga chorym dzieciom i przekażę na jej działalność jakieś pieniądze.
najpierw muszę zarobić te pieniądze, żeby móc je odpowiednio rozdysponować.
JESZCZE BĘDZIE CZAS!
Komentarze